BMW Serii 5 E28. Jak Monachium stworzyło wzorzec współczesnego sedana
BMW Serii 5 E28. Jak Monachium stworzyło wzorzec współczesnego sedana
Kiedy w 1981 roku na ulice wyjechało E28, na pierwszy rzut oka wyglądało jak lifting schodzącego ze sceny E12. Sylwetka z ujemnym skosem przedniego pasa, tak zwanym nosem rekina, została prawie nienaruszona. To była jednak przemyślana zagrywka. Zamiast wydawać miliony na rysowanie nadwozia od zera, inżynierowie BMW wpakowali cały budżet w mechanikę, redukcję masy i raczkującą wtedy elektronikę. Efekt? Auto zdefiniowało to, co dzisiaj rozumiemy pod pojęciem sportowej limuzyny.
Rewolucja, której nie było widać z zewnątrz
E28 wniosło do segmentu wyższego średniego rozwiązania, na które konkurencja ze Stuttgartu musiała szybko szukać odpowiedzi. Wnętrze z kokpitem mocno skierowanym w stronę kierowcy stało się manifestem ergonomii, ale najważniejsze działo się pod poszyciem.
Komputer analizujący styl jazdy
Zamiast sztywnych interwałów wymiany oleju co określoną liczbę kilometrów, BMW wprowadziło system Service Interval Indicator. Szereg zielonych, żółtych i czerwonych diod pod zegarami nie gasł pod dyktando zegarka. Płytka z własnymi akumulatorkami przeliczała obroty, temperaturę pracy silnika i liczbę zimnych startów. Jeśli ktoś katował auto na krótkich dystansach, komputer bez litości skracał czas do serwisu. Do tego doszedł panel Check Control nad lusterkiem wstecznym, który na bieżąco kontrolował poziom płynów oraz żarówki.
Nowe tylne zawieszenie i hamulce ABS
Poprzednik, model E12, miał opinię wozu potrafiącego zaskoczyć nagłą nadsterownością na mokrej nawierzchni. W E28 przebudowano tylną oś, stosując ukośne wahacze wleczone z dodatkowym drążkiem reakcyjnym. Samochód przestał myszkować po drodze przy gwałtownym ujęciu gazu w zakręcie. Równolegle BMW wdrożyło do oferty system ABS firmy Bosch, który z opcji szybko stał się standardem w mocniejszych wersjach silnikowych.
Trzy wersje silnikowe, które przeszły do historii
Paleta motorów benzynowych M10, M20 i niezniszczalnego M30 była szeroka, ale to trzy konkretne odmiany zmieniły bieg historii marki.
524td. Najszybszy seryjny diesel tamtych lat
W 1983 roku ortodoksyjni fani marki łapali się za głowy. BMW z silnikiem wysokoprężnym brzmiało jak żart. Tyle że rzędowa szóstka M21 o pojemności 2.4 litra z turbosprężarką Garretta generowała 115 KM i 210 Nm momentu. Rozpędzała E28 do setki w 12.9 sekundy i pozwalała osiągnąć 180 km/h. Na ówczesnych autostradach ten samochód po prostu odjeżdżał mułowatym dieslom Mercedesa z serii W123, udowadniając, że ropa nie musi kojarzyć się wyłącznie z taksówkami rolniczymi.
525e. Lekcja ekologii według bawarskich inżynierów
Odmiana eta z jednostką 2.7 litra była technologiczną ciekawostką. Silnik miał niski stopień sprężania, wąskie kanały dolotowe i odcinał zapłon już w okolicach 4500 obrotów. Chodziło o uzyskanie potężnego momentu obrotowego od samego dołu bez wkręcania jednostki na obroty. Auto paliło zaskakująco mało, a dynamiką w mieście przewyższało tradycyjne, wysokoobrotowe benzyniaki.
M5 E28. Narodziny legendy
Jesienią 1984 roku na salonie w Amsterdamie zadebiutowało pierwsze M5. Inżynierowie z oddziału Motorsport wzięli kadłub zwykłego sedana i wcisnęli do niego 24-zaworowy silnik M88/3 prosto z supersamochodu BMW M1. 286 KM, 6.5 sekundy do setki i prędkość maksymalna 245 km/h. Z zewnątrz auto zdradzały tylko inne koła, dyskretne emblematy i delikatna lotka na klapie bagażnika. Powstał idealny sleeper do połykania lewego pasa na niemieckich autobahnach.
Sprzedaż i sukces rynkowy
Do 1988 roku fabryki opuściło 722 328 egzemplarzy E28. To wynik o ponad 20 tysięcy sztuk lepszy niż w przypadku E12. Największym wolumenem sprzedaży cieszyły się bazowe wersje benzynowe 518i oraz 520i na rynku europejskim, ale ogromne zyski przyniosła też sprzedaż na rynku amerykańskim, gdzie modele 528e i 535i ugruntowały pozycję marki jako producenta aut klasy wyższej dla wymagających kierowców.
E28 zamknęło epokę rekinich przodów i przetarło szlak dla w pełni skomputeryzowanego następcy, czyli E34. Dziś zadbane egzemplarze, szczególnie z rzędowymi szóstkami M30 pod maską, to jedne z najbardziej poszukiwanych klasyków z tamtych lat.
Rekomendowane komentarze